Ciągle żyję.

Ciągle żyję.
Takie ćwiczenie duchowe wg św. Ignacego Loyoli (chociażby przy porannym myciu zębów – skuteczne rano, przed cały dniem).
Pomyśleć, jak wielu ludzi za jeden grzech śmiertelny poszło do piekła. I wielu innych, prawie bez liczby, potępiło się z powodu mniejszej ilości grzechów niż te, które ja popełniłem.
Tutaj prosić o wielkie zawstydzenie przed samym sobą; widzę bowiem, jak wielu zostało potępionych za jeden grzech śmiertelny, podczas gdy ja zasłużyłem sobie na potępienie wieczne z powodu tak licznych moich grzechów.

A jednak nadal żyję, coś robię, mogę JESZCZE decydować, wyjść, zmienić położenie, tzn. przejść do innego pokoju, zmienić sytuację w danej relacji, itd. To wielka łaska, bo przecież już dawno po każdym z moich grzechów mógłbym nie żyć i już nie mieć szansy na poprawę. Mógłbym już zostać potępionym, gdzie nie mogę nic zmienić, zdecydować, zmienić położenie, wyjść, gdzie nie można uciec od siebie (to znaczy, od udręki, rozpaczy, zimnej pustki – nie można od tego uciec, to jest już na zawsze, nigdy się nie kończy, nigdy… bez żadnej nadziei, bo to się nie zmieni, zawsze, wiecznie – chyba faktycznie lepiej się nie urodzić, niż tak skończyć swoje życie na ziemi). Bóg dał czas w swojej dobroci.
I trzeba wielkiej wdzięczności swoim Aniołom i Świętym w Niebie, którzy wstawiają się za nami, abyśmy poznali Pana, który jest Miłością i zmienili swoje życie w miłości, tutaj, a ostatecznie w Królestwie pełnym nieskończonej Miłości, Bożej Miłości, najdelikatniejszej i najczulszej. Na wieki.

Każdy dzień to wielki dar na tej drodze ku Bogu. Każdego dnia dajesz mi nową łaskę, nową nadzieję.
Co za wielka łaska, że nadal żyję. Co robię ze swoim życiem ? Czy korzystam z tej łaski ? Może to ostatnie chwile ?

Refleksja nad Łk 15, 11-24

Nie można wyłączyć w sobie miłości – kochająca matka nie wyłączy w sobie miłości do dziecka. Kocha, nie oczekując nic w zamian, no może… odwzajemnionej miłości. Choć nawet jeśli tej zabraknie, ona i tak nie jest w stanie wyłączyć swojej. Matka – człowiek, ograniczone stworzenie nie jest w stanie wyłączyć miłości !
A Bóg, który jest nieeeeeeskończoną Miłością ?

Ogień szuka ognia. Nic w zamian.

Syn wracający jeszcze był daleko, jeszcze nic nie powiedział.
Tylko kierował się w stronę Ojca, ale czy coś zdążył powiedzieć ?
A Ojciec wyleciał, rzucił się mu na szyję, żeby przytulić i ucałował go.
Co chciałeś synku powiedzieć, to później… Jak dobrze, że jesteś, że wróciłeś !

Często są we mnie dwie skrajne postawy:
albo „maluję” wszystko miłosierdziem Ojca, albo zatrzymuję się na grzechu, słabości, oddaleniu. A przecież powinna być jakaś współzależność i spotkanie się w połowie. Skoro ojciec wybiegł, to częściej powinienem patrzeć na swój grzech, słabość, nieporadność, zaniedbanie przez pryzmat TĘSKNOTY Ojca, który chce mnie ukochać, obdarzyć swoją miłością, która Go rozpala. Paląca miłość musi powodować palącą TĘSKNOTĘ Boga !
Gdy zatrzymam się na grzechu, nie spotkam wybiegającego, STĘSKNIONEGO Ojca. Muszę wyjść z domu, ruszyć się, zrobić krok, nie ‚zatrzymać’, zrobić krok, wyjść…
A On wtedy ujrzy, zobaczy i …

Ten „niewzruszony” jakże często w moim błędnym odczuciu Bóg „wzruszył się głęboko” !
Obym nie zaginął i nie był umarły…
„I zaczęli się weselić”
„Palą Mnie płomienie miłosierdzia, chcę je wylać na dusze ludzkie”
– Dzienniczek św. s. Faustyny

Całe niebo raduje się z nawrócenia człowieka…
Łk 15, 6-7

Reklamy

powiedziałem już chyba wszystko

Jak widać, rzadko już umieszczam wpisy. Myślę, że powiedziałem już chyba wszystko, co do tej pory się dowiedziałem, co myślę, jak czuję, jak wierzę. Nie umieszczam już więcej wpisów. Żyję jak każdy, wierząc i ufając, że jest to CAMINO – droga, którą trzeba przejść.

Tak więc, nie myślcie, że zwątpiłem, bądź się wycofałem. Po prostu już nic więcej do dodania nie mam. Wydaje się, że ten blog jest już kompletny, przynajmniej na ten czas.

Wkrótce (w marcu) minie już 6 lat, od łaski nawrócenia. I to trwa, jest prawdziwe, jedyne, co przetrwało z tych wszystkich lat, a to zapewnia mnie o tym, że jest to Prawda.

Niech On, który jest Prawdą pobłogosławi ten blog, Ciebie i prowadzi każdego do siebie, żeby wtulić się tam na końcu, który będzie początkiem, w Jego ramiona…

poszedłem z nim do lasu, ma brązowe oczy…

Lekko ciemna karnacja, fajny zarost, fajnie zbudowany, ale bez przesady.
Brązowe oczy. Ciemne włosy. Uroda południowa. Piękny uśmiech.
Tak wyglądasz.

Przychodzisz do mnie do domu, w progu uśmiechasz się i opierasz się o drzwi. W tym uśmiechu są wszystkie słowa. Nie musisz nic mówić.
Wiem, że przyszedłeś spotkać się ze mną dlatego, że bardzo mnie lubisz. W tym uśmiechu i w oczach widzę błysk, radość, nadzieję,  pozytywną energię. Tak, oczywiście, chodźmy już. Idziemy przejść się do lasu. Ptaki śpiewają, zielone drzewa przestały szumieć, jakby nie chcąc przeszkadzać.
Idziemy w milczeniu. Zawsze milczenie mnie stresuje, ale nie z Tobą. Czuję bezgraniczną Twoją akceptację, z niczego nie muszę Ci się tłumaczyć. Na chwilę stanęliśmy, żeby spojrzeć na Słońce. Nie zamykasz oczu od promieni słońca, w Twoich oczach światło odbija się jak w wodzie, w blasku słońca Twoja piękna cera jeszcze bardziej uwydatnia piękno. Spojrzałeś na mnie ponownie i nie odwróciłeś wzroku. Patrzysz. Nie speszyłem się… Jak to możliwe? Cały czas patrzysz, a ja stoję jak osłupiały. Każda tkanka we mnie dostaje jakby kosmiczny zastrzyk energii. Czuję się tak bardzo kochany, ale przecież nawet się do mnie nie odezwałeś… W tym spojrzeniu widzę ten charakterystyczny delikatny uśmiech, jakbyś chciał powiedzieć, że dla Ciebie „tamto” i „tamto” nie ma znaczenia. W tym uśmiechu czuję Twoje słowa „mój kochany głupolu, po co się ciągle tak zadręczasz?”. „Głupolu”? Jak słodko to powiedziałeś…
Łzy mi napływają do oczu, wszystko w środku jakby chce wyjść z ciała nie mogąc pomieścić w sobie emocji: radości, zachwytu, piękna, ekstazy, wolności, energii, miłości, pokoju. Wszystko się wyrywa, nie wiem co zrobić. Przytuliłbym się, wiem, że przecież mnie nie
odepchniesz, ale jesteś… taki piękny a swoją osobą może odbiorę Ci to piękno? Znowu patrzysz tym swoim powalającym uśmiechem, lekko pokiwałeś głową jakby nie dowierzając że znowu tak myślę. Nagle zniknął Twój uśmiech, zrobiłeś się bardzo poważny. Mocno położyłeś mi swoje ręce na moje ramiona, zbliżyłeś się jakbyś chciał mi powiedzieć coś bardzo ważnego. „Nigdy, ale to przenigdy nie przestanę Cię kochać – zapamiętaj to i proszę Cię, nigdy więcej nie zastanawiaj się, czy tak jest. Spójrz w moje oczy i zobacz co w nich jest… nigdy więcej, proszę Cię…”
Patrząc w te oczy, zobaczyłem w nich, że on po prostu przepada za mną, że po prostu masakrycznie nie tylko kocha, ale lubi! Że jestem dla niego wszystkim. Nie zobaczyłem tam cienia wątpliwości, w tych jego głębokich, pięknych oczach… Znowu nie wiedziałem jak
zareagować, myślałem że umrę z rozkoszy odczuwanej radości. Przycisnął mnie do siebie i przytulił, mocno i zdecydowanie pokazując, że jestem w jego ramionach bezpieczny, a jednocześnie tak subtelnie i delikatnie, jakbym był małym dzieckiem, które jest bardzo kruche.
Zacząłem szlochać nie wiem z jakiego powodu, to chyba radość. Nic już nie miało dla mnie znaczenia, tylko być z nim. Wyrwało mi się na cały las z radością i wielkim przejęciem „Boże…”, chcąc oznajmić całemu światu, jakie szczęście mnie w tym moim przyjacielu spotkało.

Od nastoletniego chłopaka marzyłem, żeby mieć przyjaciela, kogoś kto na mnie patrzy, wszystko wie i za mną przepada.
A więc marzenia się spełniają…
To On.
Ty też Go chyba znasz ?

02.03.2009 – 02.03.2014

W najbliższą niedzielę minie pięć lat od mojego wyjazdu do Rzymu, który ostatecznie zwieńczył wielką walkę o przemianę ducha i wyzwolenie się ze starego życia. Z tamtego wyjazdu wróciłem tak umocniony i odmieniony, że z Bożą pomocą przeciąłem wszystkie stary więzy i kajdany, które mnie jeszcze trzymały.
Wspominam tamten czas zawsze z wielkim i ogromnym wzruszeniem. Do dziś wydaje mi się to wszystko tak niesamowite, że samemu ciężko uwierzyć. W swoim życiu widzę wiele niekonsekwencji, braku stałości, a ta jedna jedyna rzecz od 5 lat jest stała i niezmienna. Kocham Go. Czasem słabiej, czasem trochę się z Nim poszturcham, a nawet obrażę, ale wbrew wszystkiemu trwam przy Nim, bo On jest ze mną. I za to dzięki Ci Panie, że wtedy podałeś mi rękę. Prowadź dalej.

Na tym blogu coraz mniej wpisów, postów. Myślę, że tak już pozostanie. Incydentalnie coś napiszę. Wszystko co miałem ważnego do przekazania, już napisałem.
Dziś bardziej byłbym skłonny pisać ogólnie o wierze, życiu, temat homoseksualności w kontekście wiary już na tyle został przeze mnie wyczerpany, że wręcz może być męczący. Ostatecznie ta homoseksualność nie ma większego znaczenia. Oczywiście są etapy w życiu, że wydaje się, że to ona blokuje drogę do wszystkiego. Ale to niezupełnie o homoseksualizm chodzi. Zresztą patrząc na dzisiejszą obsesję w dyskusjach publicznych, chętnie razem z wszystkimi skaczącymi sobie do gardeł, z lewa, z prawa, „genderystami”, „LGBT-owcami”, przeciwnikami i nie wiem jeszcze kim, usiadłbym przed Najświętszym Sakramentem w zupełnie wyciemnionym pomieszczeniu, aby nie widzieć, a czuć swoją obecność w Obecności. Gdy On jest, Ten który Jest, żadne słowa nie mają sensu…

szukam pracy :-)

może to dość dziwny post tym razem, ale kto nie próbuje, ten nie ma.
Szukam pracy, stałej, lub dodatkowej, może być nawet jakieś zlecenie na odległość – Poznań, 33 lata. Najchętniej praca biurowa (bez konieczności sprzedaży). Z góry dziękuję za wszelkie informacje – szawelpawel@onet.eu

bliskie relacje osób homoseksualnych

Umieszczam tekst, który zamieściłem na forum http://www.chrzescijanin-homoseksualny.pl
Tekst składa się z dwóch części; pierwsza dotyczy przemyśleń nt. życia w tzw. białym związku, druga część napisana jest po dłuższym upływie czasu i bazuje na kolejnych moich doświadczeniach. Tekst warto czytać całościowo, nie wyrywkowo 🙂
——
Temat bardzo trudny i delikatny. Ilu ludzi tyle ludzkich doświadczeń, przeżywania wiary, odczytywania swojego życia. Nie da się przyłożyć jednej miarki i powiedzieć – tak jest pięknie, a tak jest źle. Jesteśmy powołani do czystości, jednocześnie Bóg mówi, że nie jest dobrze człowiekowi, aby był sam.

Przez wiele lat byłem w relacji grzesznej, która była seksualna. Po 7 latach Pan dotarł do mnie ze swoim wołaniem, coraz większy głód Eucharystii i Jego obecności w moim życiu doprowadził do wielomiesięcznej walki i zakończenia tamtej relacji. Gdy wówczas poczułem się wolny i szczęśliwy, jakby spuszczony ze smyczy, pochłonięty wszystkim, co związane z Kościołem (i zadziwiony, jak mogłem wcześniej tego nie dostrzegać i żyć bez tego wielkiego skarbu), z decyzją, że prawdopodobnie będę do końca życia sam, mój stały spowiednik zaczął mnie przekonywać, że muszę mieć jakiegoś przyjaciela.
Byłem na początku zaskoczony, jego słowa jednak były bardzo mądre, powoływał się na świętych, którzy również mieli przyjaciół, twierdził, że natura nie znosi pustki i że zwariuję w takiej samotności. Pewnie raczej nie miał na myśli związku, bo na pewno trudno tak w ciemno uwierzyć w czysty związek – o tyle trudniej, o ile człowiek zna swoje słabości w zakresie czystości. Przez swój własny pryzmat można oceniać realność takiego związku bądź nie. Fakt jest taki, że spowiednik bardzo podkreślał, że nie mogę tak funkcjonować w samotności. Wiedział, o czym mówi. Nie był i nie jest kapłanem bujającym w nierealnej rzeczywistości, ale świetnym, pobożnym kapłanem mocno osadzonym na ziemi, znając ludzką naturę.

Gdy słyszę, że osoba homoseksualna nie może wstępować do seminarium i być wyświęcona, gdy słyszę od kogoś, że tak samo nie może żyć w czystej relacji z kimś, to zastanawiam się juz bardzo powaznie nad tym, czy na pewno jest to podejście Jezusowe. W dzisiejszej Ewangelii czytamy, jak Bóg nikogo nie wyklucza. Czy Bóg kochając człowieka mógłby wszystkim ludziom na świecie dać wolność wyboru swojego stanu, z wyjątkiem osób homoseksualnych ? Czy to w ogóle jest możliwe, żeby Bóg zabrał nam tę możliwość wyboru niejako od samego początku skazując nas na jeden stan – życie w samotności ? Moim zdaniem trochę nie trzyma się to kupy, stąd nie wierzę w to.
Bóg stworzył człowieka z miłości i dał mu wolny wybór. I znam kapłanów homoseksualnych (akurat nie spowiednik, o którym wspomniałem, bo ten jest hetero z krwi i kości 🙂 ) i wiem, że ich powołanie jest prawdziwe i są fenomenalnymi kapłanami, kierownikami duchowymi, prawdziwe ojcostwo duchowe, wbrew opiniom, że osoba homoseksualna jest automatycznie z definicji niezdolna do ojcostwa duchowego.
Uważam, że jeśli Bóg daje komuś powołanie, to przejdzie przez wszystkie sita i przeciwności, bo Bóg będzie mu błogosławić. Tak więc niemożliwym jest dla mnie, aby osoba homoseksualna nie miała możlwości wyboru, wolności, bo byłoby to zaprzeczenie miłości Boga. I tak samo drugi przypadek. Czysta relacja. Skoro ktoś jest homoseksualny, to jeszcze to grzechem nie jest. Grzechem będzie współżycie seksualne. Jeśli uznać, że jesteśmy wolnymi ludźmi, a Bóg nie chce, aby ktokolwiek cierpiał (jesli życie w samotności miałoby np. generować takie cierpienie), to Ten, który jest wszechmocny, może człowieka uzdolnić do życia w czystości. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. Łaska czystości jest zawsze łaską, daną darmo od Boga. Łaska Boża buduje na naturze człowieka. Naturę człowieka pojmuję jako zespół całej jego osobowości (psychiki, emocji, uczuć) i DOŚWIADCZEŃ.

Konrad pyta o możliwość życia w czystym związku, czy ktoś to realizuje. Tak, ja to realizuję. Wymyka się to ze wszelkich stereotypów, szablonów, wyobrażeń. Ale to jest konkretne życie i konkretny przypadek konkretnego człowieka – mnie. Gdy przyszedł czas, w którym byłem pogodzony, że do końca życia będę sam, poznałem człowieka wierzącego. Poznawaliśmy się bardzo długo rozmawiając o swoim postrzeganiu Boga, odczuciach wiary i DOŚWIADCZENIACH.
Po uwolnieniu z poprzedniej grzesznej relacji prosiłem Boga, aby dał mi łaskę czystości już do końca życia. Wiedziałem i wiem, że nigdy nie chcę tego, co miałem w poprzedniej relacji. Mam bardzo złe doświadczenie, nie w sensie fizycznym, ale jak napisałem wiele miesięcy uwalniałem się z tamtej relacji, wiem ile mnie to kosztowało, wiem, jak bardzo Jezusa prosiłem, aby kiedyś przyszedł taki moment w moim życiu, że będę mógł przyjmować Jego Ciało i Krew codziennie. Nie wiedziałem, że tak szybko mnie wysłucha. Ta ogromna łaska, ta wielka miłość, to przepotężna Miłosierdzie, jakie na mnie spłynęło dało mi siłę do przekonania do życia w czystości i do panowania nad sobą w tej sferze. I własnie na podstawie tego doświadczenia i łaski, jaką otrzymałem, nie dopuszczam w swoich pragnieniach i myślach takiej opcji, aby kiedyś to się wydarzyło.
Jestem tylko człowiekiem. Natura jest słaba. Ale prosiłem Boga o tę łaskę i dzięki Niemu 3 lata w tej czystości żyję. Czysty związek to 2 lata. Budowany jest na modlitwie, na Różańcu, na codziennej Mszy Świętej. Bez tego moim zdaniem nie byłoby szans na utrzymanie czystości. Wiem, że komuś kto nie doświadczył tak silnej chęci uwolnienia się od relacji, w której było współżycie seksualne, będzie wydawać się nierealne przetrwanie w czystym związku. Nie wyrokuję że to jest zawsze możliwe. Mówię o swoim doświadczeniu. Chwała Panu za tę wielką łaskę i oby zawsze ona trwała !!!
Taka relacja musi być budowana w Bogu, z Bogiem. Nie nazwałbym tego w moim przypadku walką o czystość. Ja tego nie odczuwam. To nie jest tak, że ciągle się tego chce i ciągle się zaciska zęby, żeby tego nie zrobić. Ja nie mam takiej sytuacji. Jakakolwiek próba pójścia w tę stronę zakończyłaby się na pewno bardzo radykalną reakcją, bo wiem, jak Jezus jest dla mnie ważny. Nie odczuwam, żeby życie, w którym wezwanie do czystości realizowane w takiej relacji miałoby być złe.
Skoro Bóg daje siłę, to dlaczego ją daje? Jeśli mój przypadek byłby złą drogą, to skąd w tej relacji łaska Boża do trwania w czystości, do trwania w ogóle, do pracy nad swoim charakterem, do zmieniania się na lepsze, do rozwoju ? Łaska Boża będzie wszędzie tam, gdzie o nią prosimy, szczerze, z całego serca. Będzie w każdym przypadku, bo Bóg nikogo nie wyklucza. Liczy się dla Niego intencja, co jest w Twoim sercu.
Ten mój przypadek jest bardzo indywidualny, ludzie mogą to negować, bo nie zrozumieją. Bóg zna jednak moje serce i wie, że moim naczelnym pragnieniem, jest bycie w łączności z Nim. I zna moją kondycję, moje uczucia. Czy Go to w ogóle nie interesuje ? Skłamałbym tak twierdząc. Ale jak powiedziałem to jest moje-nasze doświadczenie. Nie mogę powiedzieć – słuchajcie, świetnie, taka jest opcja, więc ją realizujcie. Nie mogę tak powiedzieć, bo musiałbym wziąć odpowiedzialność za Twoje doświadczenia, za Twoją naturę. A tego nie mogę zrobić. Bo każdy z nas ma inne doświadczenia i inną naturę. Jeśli ktoś nie doświadczył takiej walki, poczucia obrzydliwości seksu pozakramentalnego (a kiedyś bardzo to niestety lubiłem), to może być ciężko realizować taką relację, bo będzie gdzieś ciągła próba „spróbowania” jak to jest. Zły duch też będzie próbował sprowadzić na złą drogę. W moim przypadku próbuje mnie rozwalać na poziomie zupełnie innym, nie związanym z seksualnością. Ale w przypadku osoby właśnie „light’owo” nastawionej do tych kwestii raczej nie da się tego realizować. Bądź na zasadzie „jakoś to będzie”.

Jeśli w ogóle miałbym spisać jakieś wstępne zasady i warunki, to powiedziałbym tak :

1) nie szukaj absolutnie nikogo na siłę i nie twórz nawet sobie takich wizji, po prostu oddaj całe swoje życie Bogu; jeśli Bóg będzie chciał, abyś żył sam, da Ci do tego siłę, jeśli dopuści inne mozliwości, to stworzy również realne możliwości oczywiście pod warunkiem Twojego zaangażowania, czyli krótko mówiąc ZAWSZE BÓG MUSI BYC NA PIERWSZYM MIEJSCU !
2) w sytuacji poznania tej drugiej osoby, musi być w obu osobach doświadczenie, natura, przekonanie, że seks pozasakramentalny i wszystkie tego typu cielesne zabawy są złe, bądź przynajmniej totalne zaufanie Kościołowi w tym zakresie
3) nieustanna łączność z Panem w sakramentach, aktywne życie duchowe, modlitwa, regularna spowiedziedź, RÓŻANIEC !! (żeby przeganiać złego)
4) stały spowiednik / kierownik duchowy, najlepiej stworzenie sobie grona osób które wszystko wiedzą i mogą zawsze doradzić w kwestiach duchowych – nigdy to nie będzie funkcjonować bez stałego brzydko mówiąc „duchowego nadzoru”, cenne są w tym przypadku dobre relacje bądź zaprzyjaźniony kapłan
(w moim przypadku kapłan najpierw mnie znał, znał moje zaangażowanie w kościele, tworzenie relacji pojawiło się później – gdybym przyszedł jako obcy i powiedział, że chcę tworzyć taką relację, z pewnością usłyszałbym stanowcze nie bądź mocne ostrzeżenie – to oczywiste, jak powiedziałem, to musi wynikać z doświadczenia, a nie „widzimisię”).
Te warunki łącznie moim zdaniem muszą mieć miejsce.

Może istotny jest również wiek – mam 32 lata. Na pewno nie radziłbym nikomu w wieku powiedzmy „aktywnej młodości” wchodzenie w to. Trzeba doświadczenia z zycia i wręcz trzeba to sobie jasno powiedziec – uspokojenia hormonów (nie, żebym teraz nie odczuwał potrzeb, panowie, jestem zdrowy 😀 , ale jak powiedziałem teraz to ja nad nimi panuję, kiedyś bylo odwrotnie).

Nie da się powiedzieć TO JEST DOBRE dla każdego. Albo „to jest złe”. Nie ma tu szablonu, nie ma linijki. Tylko Bóg zna ludzkie serca i w każdym konkretnym przypadku może być to baaaaaardzo różnie. Dla Boga nie ma nic niemożliwego. Jeśli nie masz w sercu intencji zgrzeszenia, to jest to miejsce, w którym z całego serca wołaj do Pana o łaskę czystości, oddaj Mu swoje zycie i zaufaj. On pokieruje. Jeśli żyjesz sam i czujesz spokój, być może to będzie Twoja droga. Jesli jesteś przerażony samotnością i czujesz się źle, powiedz o tym Bogu wprost. Zanim wypowiesz słowo, to przecież On już to wie. Ale rozmawiaj z Nim o tym. On się tym zajmie. Na swój sposób. Jaki – nie wiem.

Podsumowując – zadałeś pytanie czy istnieje ktoś, kto w takiej relacji żyje, więc potwierdzam. Gdybym miał się do tego nie przyznać, musiałbym ukryć moc i łaskę, którą od Boga codziennie otrzymuję. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. Jemu to powierzam, On jest moim Panem i Jego wola zawsze niech się wypełnia.


Tutaj dopisuję do tego mojego postu pewne spostrzeżenia, bo minęło od tego czasu parę lat, a więc i doświadczenie jest większe.
Nadal podtrzymuję wszystko to, co napisałem powyżej. Bóg dał nam łaskę życia w czystości, wspólnego życia. Myślę, że Jezus, który w swoim życiu jednak był zawsze między ludźmi, pośród swoich braci, nigdy nie był samotnikiem. Są powołania do tego, by być osobą nie związaną z kimś, ale czy samotną ? Jezus ciągle z kimś rozmawiał, jadł, chodził, ciągle coś się działo, a nocą zazwyczaj się modlił. Skoro więc sam Mistrz nie był człowiekiem, który izolował się od innych czy stronił i się bał, myślę że i my według Jego woli możemy być pośród ludzi i mieć również tę bardzo bliską osobę, która jest dla nas najważniejsza.
Moje doświadczenia ostatnich lat bycia w naszym białym związku wskazują jednak na pewne odkrycie. Związek, jak to nazywamy powoduje pewne oczekiwania względem siebie. W mojej relacji te oczekiwania w pewnym momencie zaczęły być przeszkodą, coś nie funkcjonowało, było coraz gorzej, coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie, mimo iż żyliśmy w łasce uświęcającej. Dzisiaj wydaje mi się, że jednak mężczyźni są stworzeni do tego, aby być ze sobą w przyjaźni, braterstwie, ale nie związku. Mówię oczywiście o własnym przekonaniu zbudowanym na doświadczeniu kolejnych lat. Związek polegający na tym, że jesteśmy prawie jak małżeństwo (wspólne spanie, finanse, wszędzie razem, jakieś uzależnienie od siebie, pewne uwiązanie czy też brak wolności) jest w moim obecnym przekonaniu czymś jednak nienaturalnym. Wydawało się do tej pory, że skoro kochamy się, wspólnie się modlimy, przyjmujemy Ciało i Krew Chrystusa to już nic więcej nie trzeba. A jednak coś nie funkcjonowało.

Obecnie wydaje mi się, że każdy z nas, ze względu na wychowanie i kulturę w jakiej wzrastamy, mamy wpojone, że jeśli kogoś kochamy, to naturalną rzeczą jest się z Tobą osobą „związać”, tworzyć związek. I o ile pragnienia są jak najbardziej dobre, nie ma w tym nic złego, bo wynika z miłości, to jednak w przypadku dwóch facetów, można wówczas przez to wyssane z dzieciństwa czy ukształtowane w nas przekonanie wejść niepotrzebne w ślepą uliczkę. Kocham tego faceta, jest dla mnie bardzo ważny – a więc chcę w jakiś sposób z nim dzielić swoje życie, a więc ponieważ jest to mężczyzna, to chcę z nim budować bardzo głęboką przyjaźń, braterstwo. „Możemy kraść konie”, „znamy jak się jak łyse konie” – bardzo lubię te określenia. Znamy się w każdym szczególe, ale czy musimy tworzyć ze sobą związek, uwiązać się, być jaka para małżeństwo? Nie musimy.

I ja dzisiaj mówię ze swojej perspektywy – warto unikać wchodzenia w tę uliczkę związkową, bo może się nie udać (pomijam już kwestie zagrożeń seksualnych, bo jednak u nas tego nie było, a i tak coś nie grało). I dziś, gdy w jakiś sposób doszliśmy do ściany, zmieniliśmy naszą relację, oczywiście musieliśmy mieć duży kryzys, nie było to zbyt miłe, rodziło się w dużych bólach, ale teraz zdjęliśmy tę „czapę związkową” i jest między nami teraz tak, jak było gdy się poznawaliśmy. Świetnie się rozumiemy, z przyjemnością spędzamy wspólnie czas, jeden drugiego bardzo kocha. Zdjęliśmy z nas związek, oczekiwania związkowe, to uwiązanie – i jest super.

A więc wydaje mi się, że faceci nawet homoseksualni (zresztą jakie to ma znaczenie) są stworzeni do budowania ze sobą przyjaźni, braterstwa. O takiej przyjaźni duchowej świetnie pisał Elred z Rievaulx. Taką miłością darzył przecież Jezus swojego ukochanego Jana, który leżał na jego piersi. W encyklice Benedykta XVI „Deus Caritas Est” Papież zastanawia się nad jednością przejawianych rodzajów miłości. Wyróżnia jej typy: eros, czyli miłość odnosząca się do cielesności, agape- bardziej duchowa, oparta na wierze oraz philia- miłość przyjacielska, której przykładem w Piśmie Świętym jest relacja właśnie między Jezusem a uczniami.

W artykule „Mój przyjaciel” jezuita śp. ks. Jacek Bolewski napisał: „Zazwyczaj odróżnia się przyjaźń i miłość erotyczną – znowu w platońskim sensie erosa, który w swym „niebiańskim” wymiarze, różnym od „pospolitego”, nie szuka siebie, tylko dobra drugiej osoby. Chrześcijański pisarz Clive Staples Lewis, który poświęcił uwagę przyjaźni – greckiej filia – jako jednej z postaci miłości zauważa: „Starożytnym przyjaźń wydawała się najszczęśliwszą, najbardziej ludzką z miłości, koroną życia i szkołą cnót”. Jest ona bowiem „najmniej biologiczną z naszych miłości”. Dlaczego? „Przywiązanie i Eros są zbyt ściśle związane z naszymi nerwami, zbyt jawnie wspólne nam i zwierzętom. Łatwo stwierdzić, jak targają naszymi trzewiami, jak przyspieszają nasze tętno. Ale przyjaźń wybawia nas od tego i wprowadza w jasny, spokojny i logiczny świat związków, które wybraliśmy sobie dobrowolnie”. Przyjaźń to wspólne umiłowanie tej samej prawdy. „Dlatego też wyobrażamy sobie kochanków siedzących twarzą w twarz, a przyjaciół ramię przy ramieniu: oczy ich patrzą w dal”.

W tym całym kontekście zdanie z Katechizmu KK, w którym mowa o wzrastaniu osób homoseksualnych przy pomocy „bezinteresownych przyjaźni” wydaje się jednak dobrym określeniem, bo w bezinteresownej przyjaźni zawiera się ta przyjaźń duchowa, braterska miłość, więź, braterstwo, przymierze. Jest to zupełnie inna uliczka niż związek. Warto o tym pomyśleć, przetrawić to w sobie. Moim pragnieniem już w dzieciństwie było zawsze nie tyle mieć chłopaka, co mieć przyjaciela. Później na skutek oczywistych błędów młodości, które są normalne (nigdy nie wiemy za młodu tego, co wiemy później) poszedłem właśnie w tę uliczkę „związek”, która gdy kogoś pokochamy, wydaje się naturalna i jedyna. A właśnie niekoniecznie, bo w moim przypadku to się nie sprawdziło. I o ile w przypadku pierwszego związku, który był seksualny, czyli był trwaniem w grzechu ciężkim, nie jest czymś dziwnym, że to nie mogło dawać szczęścia i spełnienia, o tyle w białym związku budowanym na łasce, sakramentach i modlitwie, było zaskakujące, dlaczego coś w pewnym momencie przestało grać, bo przecież nie można było się w zasadzie do niczego przyczepić. A jednak to uwiązanie, oczekiwania, to jest coś, co zabija. Więc nie musi być grzech, żeby coś nie dawało szczęście. Po prostu – jeszcze raz powtórzę – w moim przekonaniu faceci są stworzeni do budowania i zawierania ze sobą przyjaźni, może być to jakaś przyjaźń na wyłączność. Czym to się różni od związku ? Wieloma kwestiami, poza zewnętrznymi (jak spanie, itp.) również kwestiami mentalności, pozostajemy jednak w jakiejś niezależności od siebie, jesteśmy wolni.

Myślę, że o ile Pan Bóg naprawdę przez te wszystkie lata bardzo nam błogosławił, to pokazał nam też, że może być o wiele lepiej i teraz jeszcze bardziej nam błogosławi. Mam wrażenie, że odkryłem Prawdę, że osoba homoseksualna może kochać, nie musi być samotna, ale też nie musi tych swoich pragnień realizować w ramach związku, bo wystarczy piękna, pobłogosławiona przyjaźń, braterstwo. Przyjaciele czy bracia również przecież przytulą się. Cóż więcej trzeba? Wydaje mi się, że nic więcej.
I na koniec właśnie takie przemyślenie. Każdy w naszym środowisku i poza nim ma wiele recept i przemyśleń, jak osoba homo powinna żyć. Każdy uważa, że odkrył Prawdę i jego prawda jest słuszna i trzeba ją narzucić innym. Teraz wydaje mi się, że te słowa „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem” oznaczają tyle: najważniejsze, abyś poznał Prawdę, czyli Jego, Jezusa. Nie prawdę interpretowaną według życia Admina, Dawida, Piotra, Romka, Krzyśka i kogoś tam jeszcze. Spotkaj Prawdę, czyli Jego. A On jest Drogą, czyli czymś dynamicznym, czymś w drodze. To wystarczy. Moja prawda być może nie jest Twoją prawdą, a Twoja prawda być może nie jest moją prawdą. Bo jedna jest Prawda – Jezus Chrystus, który jest Drogą w Twoim konkretnym Życiu. Więc nie pouczajmy się wzajemnie na zasadzie recepty. Trzymajmy się Prawdy-Jezusa, a On każdemu z nas indywidualnie będzie mówić, jak ma żyć…

cudzoziemiec = homoseksualista

Cudzoziemiec to ktoś obcy, niechętnie widziany, który stanowi często w naszym myśleniu potencjalne zagrożenie, który chce nam coś zabrać, lub zniszczyć. Może zniszczyć nasze wygodne samopoczucie, nasz porządek, wizję świata, którą mamy w swojej głowie…

O cudzoziemcach często jest mowa w Biblii, a wśród nich różne kategorie. Są tacy obcy albo cudzoziemcy, którzy przybywają do innego kraju z zamiarem pozostania tam już na zawsze. W dzisiejszych czasach ten obcy, ten niemile widziany, to często jest właśnie ten gej, ten homoseksualista…
Znam tak wiele wierzących osób homoseksualnych, które pragną całym swoim sercem, całą swoją duszą i ze wszystkich swoich sił żyć według przykazań, kierować się Ewangelią. To są prawdziwe z krwi i kości żyjące osoby. Dlatego z pełnym spokojem zachęcam do zamiany w poniższych czytaniach słowa „cudzoziemiec” (i podobnych) na „homoseksualista”. Możesz tam również podmienić inne słowo, które pasuje do konkretnej sytuacji życiowej. Czy teraz to Słowo bardziej przemawia ? Co czujesz…

Łk 17, 11-19

„Zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu grzeszników1. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!” Na ich widok rzekł do nich: „Idźcie, pokażcie się kapłanom!” A gdy szli, zostali oczyszczeni. Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to homoseksualista2. Jezus zaś rzekł: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten homoseksualista3„. Do niego zaś rzekł: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła”.”

Iz 56, 1-8

Tak mówi Pan:
«Zachowujcie prawo i przestrzegajcie sprawiedliwości,
bo moje zbawienie już wnet nadejdzie
i moja sprawiedliwość ma się objawić.
Błogosławiony człowiek, który tak czyni,
i syn człowieczy, który się stosuje do tego:
czuwając, by nie pogwałcić szabatu,
i pilnując swej ręki, by się nie dopuściła żadnego zła.
Niechże homoseksualista3, który się przyłączył do Pana, nie mówi tak: „Z pewnością Pan wykluczy mnie ze swego ludu”. Homoseksualistatakże niechaj nie mówi: „Oto ja jestem uschłym drzewem”. Tak bowiem mówi Pan: „Homoseksualistom5, którzy przestrzegają moich szabatów i opowiadają się za tym, co Mi się podoba, oraz trzymają się mocno mego przymierza, dam miejsce w moim domu i w moich murach oraz imię lepsze od synów i córek, dam im imię wieczyste i niezniszczalne. Homoseksualistówzaś, którzy się przyłączyli do Pana, ażeby Mu służyć i ażeby miłować imię Pana i zostać Jego sługami – wszystkich zachowujących szabat bez pogwałcenia go i trzymających się mocno mojego przymierza, przyprowadzę na moją Świętą Górę i rozweselę w moim domu modlitwy. Całopalenia ich oraz ofiary będą przyjęte na moim ołtarzu, bo dom mój będzie nazwany domem modlitwy dla wszystkich narodów. Wyrocznia Pana Boga, który gromadzi wygnańców Izraela: Jeszcze mu innych zgromadzę oprócz tych, którzy już zostali zgromadzeni.

Zwracam uwagę,  że ten zabieg ma sens, gdy czytamy całość przytoczonego Słowa Bożego. Są to osoby, które nawracają się, kierują się ku Bogu, pragną żyć z Nim w relacji, dlatego nie zostają odrzucone, a obietnice Boga wobec nich są wielkie. W Łukaszowej Ewangelii to nie Żydzi przychodzą podziękować. Do stóp Jezusa przychodzi ku zaskoczeniu ten obcy, odrzucony w społecznym mniemaniu. Pamiętajmy, że dla Boga nie etykietki są ważne, ale postawa serca…

oryg. „trędowatych”
oryg. „samarytanin”
oryg: „cudzoziemiec”
oryg: „rzezaniec”
5 oryg: „rzezańcom”
oryg: „cudzoziemców”